Magazyn o komunikacji i mediach, utrzymany w tonie twórczego bałaganu, choć nie bez tęsknoty za porządkiem.
Kategorie: Wszystkie | Cytaty 40-50 | Historie do wzięcia | Komunikacja
RSS
piątek, 28 października 2011

Kiedy zbliża się zachód słońca ludzie wylegąją nad  morze. Są na klifie, schodach prowadzących na plażę i nad samą wodą, chodząc po coraz zimniejszym piasku. W powietrzu unosi się zapach  jodu  i co chwilę błyskają flesze aparatów. Ludzie są mili. Prawią sobie komplementy, uśmiechąjąc się do siebie nawzajem i całując. Tak zapamiętałem zachody słońca w Chłapowie.

Może kiedyś tam powrócimy. Na razie uciekamy do cieplejszego klimatu.  Mirosław Żuławski w „Ucieczce do Afryki”, książce, której jestem wierny od lat, tak opisuje swoje zachody słońca w Gambii. To dawna kolonia brytyjska w zachodniej Afryce. W jej stolicy Banjul ( wcześniej Bathurst) : 

Ciągną się wzdłuż wysokiego brzegu otwartego oceanu z angielska milutkie domki pośród drzew – to dawna dzielnica Białych, a obecnie bardzo przyzwoitych hoteli dla skandynawskich turystów, których Gambia przyciąga więcej niż jakikolwiek inny kraj Zachodniego Wybrzeża, bo ceny są niższe, obsługa po brytyjsku dyskretna, cisza na korytarzach, tea-time punktualnie o piątej, early morning tea podają do łóżka o szóstej rano, a o siódmej wieczorem na tarasach zwróconych na zachód, ku morzu, zasiadają sandałnerzy (sundowners — ci, co pomagają słońcu zajść w oceanie, siedząc na werandzie, patrząc na zachód i popijając double-scotcha). Od nich to przejąłem instytucję i obyczaj sandałnerstwa i jeśli tylko mogłem, nigdy mu nie uchybiłem. Mogę zaręczyć, że słońcu naprawdę bardzo to pomaga w zniżaniu się i zapadaniu w ocean, co na pewno nie jest sprawą taką łatwą, jakby się zdawało.

Jest to dobry angielski zwyczaj i skuteczny środek przeciwko ponuractwu. Człowiek z natury czuje się nieswojo, kiedy dzień się kończy, a zaczyna noc, zwłaszcza w tropikach, gdzie następuje to brutalnie, bez żadnego zmierzchu. Przez te setki i setki wieczorów, jakie przeżyłem w Afryce czy Azji, nie spotkałem i nie znalazłem niczego lepszego jak spokojne, niespieszne, konsekwentne sandałnerstwo. Na niebie dzieją się wtedy przeważnie bardzo dziwne rzeczy, ale niepokój tropikalnej nocy jest tuż-tuż, wypełza z każdego cienia, nadlatuje od tyłu, z pociemniałego horyzontu, jak te wielkie nietoperze, które zrazu brałem za sowy. Mój przyjaciel Erik, Duńczyk w służbie szwedzkiej, czterdzieści lat w Zachodniej Afryce, zdrowie jak dzwon, podnosi ostrzegawczo palec i powiada, wskazując na szklankę:

—  Ale zawsze tylko jedną!

Opuszcza palec, po czym unosi dwa: —  Albo dwie!

Kiwa z przekonaniem głową i znów podnosi rękę: —  Albo trzy! 

Polscy sandałnerzy, zakładają polary i popijając herbatę z termosu, wino lub wódkę wreszcie zaczynają się zauważać. Rozmawiają o życiu, snują plany na przyszłość, przytulają się do siebie, pozostając jeszcze na długo w magicznym bezczasie.

czwartek, 27 października 2011

- Sorry, wiesz będę mówił szybko, bo mi się bateria kończy. Jestem w Koniku Nowym. Złapałem gumę. Nie dam rady przyjechać na spotkanie...

Józek* taki już jest. Złapał gumę, przynajmniej 7 razy. Poza tym, według moich znajomych:

Oszustwo ma różne oblicza. Szczególnie, kiedy w grę wchodzi telefon komórkowy.  To , o wiele częstsze źródło kłamstwa,niż maile, rozmowy, czy listy. Według badań  German Consulting Group tylko 7% ankietowanych nie okłamało swoich kolegów lub partnerów biznesowych. Co szósty z nich nie ma zasięgu lub nie słyszał dzwonka. Co dziesiąty leci samolotem, ma rozładowany telefon lub jest na spotkaniu. Tego rodzaju kłamstwa najczęściej są komunikowane poprzez SMS.

Kłamano zresztą zawsze. Kiedyś głównie werbalnie, także w wymiarze czysto altruistycznym. Mirosław Żuławski, ojciec i dziadek znanych polskich reżyserów**, tak opowiada historię, która przydarzyła się jego przyjacielowi z Senegalu kilkadziesiąt lat temu, po powrocie z Europy, do rodzinnej wioski:

- Ledwie tam przyjechałem, przychodzi naczelnik wsi, ogląda  się nieufnie, upewnia, czy jesteśmy sami. Potem mówi, że zna mnie od  dziecka, że nigdy nie kłamałem, że i tym razem na pewno powiem mu prawdę. Chodzi o bardzo ważną sprawę. Tylko do mnie ma zaufanie, bo żyję w mieście i doszedłem do wielkich godności, ale nie chciałby, aby ktokolwiek dowiedział się o przedmiocie rozmowy. Po długim kluczeniu i licznych zaklęciach wydusił wreszcie, o co chodzi: powiadają, że ludzie wylądowali na księżycu. Czy to prawda? Od razu zrozumiałem, już wiedziałem, urodziłem się tam i wychowałem, przeszedłem inicjację w „Chacie mężczyzn"; mimo życia w miastach i studiów na Sorbonie jestem jednym z nich. — Okłamali cię, powiedziałem — naopowiadali ci bajek, wiesz przecież, że to niemożliwe. - Stary odetchnął z ulgą. -  Wiedziałem, że to mi powiesz. — No, bo pomyśl tylko, gdyby to było prawdą... gdyby ludzie zawładnęli księżycem... Przecież to dzięki księżycowi wiemy, kiedy nadszedł czas tańca, palenia ognia i bicia w tam-tamy, kiedy wybrać się na Iowy albo wyruszyć na połów, kiedy nasze kobiety mogą począć i kiedy narodzą nam dzieci... Księżyca nie wolno ruszać i dobrze się stało, że nikt nie śmiał go tknąć... —Odszedł uspokojony, szczęśliwy niemal. Teraz ja jestem pełen zgryzoty, której mu odjąłem..-

R. - bohater opowieści Żuławskiego kłamał, wiedząc, że prawda może doprowadzić Jego rozmówcę do utraty sensu i wiary w odwieczne wierzenia jego ludu. Oby nie zmienił tego afrykański SMS.


*w rzeczywistości miał inne imię

** Mirosław Żuławski ( 1913 - 1995 ), pisarz, dyplomata. Ojciec Andrzeja Żuławskiego, dziadek Xawerego Żuławskiego. Cytat pochodzi z książki "Ucieczka do Afryki", Krajowa Agencja Wydawnicza 1989

środa, 19 października 2011
30 sekund, góra 120 słów.Trzeba w tym czasie powiedzieć coś o sobie i pomyśle na biznes. W kluczowej scenie filmu „Pracująca dziewczyna” bohaterka, grana przez Melanie Griffith,w trakcie jazdy windy z szefem przedstawia swoje rozwiązania biznesowe. Ma na to kilkadziesiąt sekund i odnosi sukces – jej plan zyskuje zainteresowanie prezesa.
poniedziałek, 17 października 2011
Omiotłem wzrokiem salę i uznałem, że świetnie mi idzie. Uczestnicy są wyluzowani. Słuchają i odpowiednio reagują. Postanowiłem sprawdzić zachowanie szefa firmy, która zamówiła u mnie szkolenie pokazowe.Zawiesiłem na nim wzrok i ... przeraziłem się.Patrzył w podłogę, nerwowo obracając w rękach telefon komórkowy. Nie jest dobrze - pomyślałem. Jednak po chwili przypomniałem sobie Otella. To mnie uratowało.
środa, 21 września 2011
Kilka lat temu pomyślałem sobie, że warto napisać książkę dla moich dzieci. Taką o życiu, bardzo praktyczną. Co i jak robić,żeby szybko zdobyć fortunę. Potem, najlepiej przed czterdziestką,rozpocząć życie godne ekscentrycznego milionera. Dosyć szybko udało mi się wymyślić tytuł książki, którego ze zrozumiałych względów nie zdradzę. Napisałem także pierwsze zdanie. Stephen King zapewne ucieszyłbym się, bo postępowałem zgodnie z jego radami. Jednakże,poza pisaniem jest też sprzedaż.O tym nie miałem pojęcia. Dopóki nie wpadła mi w ręce książka "Wielka promocja",którą napisał Avery Corman, autor powieści "Kramer kontra Kramer". W filmie pod tym tytułem wystąpili: Meryl Streep i Dustin Hoffman.
czwartek, 15 września 2011
Dawno, dawno temu firmę, w której pracowałem obiegła plotka o przyjściu nowego szefa.Miała to być osoba zupełnie niezwiązana z naszą branżą.Do tego bez doświadczenia - zawodowego,menedżerskiego i życiowego.Nieco zdenerwowani poszliśmy z kolegami na piwo. Chcieliśmy porozmawiać o możliwych scenariuszach.Przeważały minorowe nastroje. Opowieści o układach, braku szacunku dla naszej pracy,kompetencji i umiejętności. Zeszliśmy na kombatanckie teksty,sentymentalne opowieści o dawnych czasach.Mówiąc krótko, obawialiśmy się najgorszego. I wtedy wstał Andrzej, najstarszy z nas i powiedział:-Zaraz Wam to wyjaśnię.
środa, 14 września 2011
Tytułowe powiedzenie jest popularne na Podlasiu.Poza tym bardzo ładnie brzmi w połączeniu ze wschodnim zaspiewem.Wielu z nas,niemal codziennie próbuje tej techniki, niektórzy opanowali ją do perfekcji.Kiedyś mogło to być sposobem na wybrnięcie z sytuacji o politycznym zabarwieniu i z nieprzewidywalnymi konsekwencjami.
Mój były szef zwraca uwagę na zachowanie, szczególne wobec pań.Kiedyś podczas imprezy z okazji swoich imienin witając nowo przybyłą parę zaczął od powitania mężczyzny. Po chwili odskoczył, mówiąc: - bardzo przepraszam za to anszua (anchois). Oczywiście chodziło mu o fopa (faux pas), a to zdarza się nawet profesorom na szacownych uniwersytetach.Ciekawe jak sobie z tym radzą...
wtorek, 13 września 2011

Mam nazwisko na "Ż", a potem jest w nim "u". W szkole,na studiach,na liście płac - zawsze na końcu. Miało to dobre strony, na przykład podczas uniwersyteckich egzaminów. Na giełdzie  zawsze można się było czegoś dowiedzieć, douczyć. Chyba, że trafiałem na podstępnego profesora,który zaczynał od końca listy. Jednak w sumie to nazwisko na "Ż" częściej bywało powodem do, teraz można to już powiedzieć, dyskryminacji.

To będzie podwójny cytat. Pan Kalicki, w "Dzienniku Patagońskim"* opisał historię przeczytaną w piśmie Machina ( grudzień 1996 ). Peter Greenaway powiedział podczas rozmowy z Januszem Wróblewskim:

Szczytem absurdalnej manii porządkowania jest posługiwanie się kluczem alfabetycznym. W zależności od litery nazwiska człowiekowi zostaje przypisane określone miejsce w społeczeństwie. W szkole, jeśli ktoś ma nazwisko na A, siedzi w pierwszej ławce, jego akta znajdują się z przodu archiwów po­licyjnych itd. Arbitralność tego rodzaju podziałów, nie mających nic wspólnego z naszą osobowością, jest porażająca. Zauważył pan, że tworzenie list według alfabetu nie ma odpowiednika w kulturze orientalnej? Widział pan kiedyś japoński indeks?

W latach 70. nakręciłem krótkometrażowy film H is for House (H jak House). Składa się on z kilku epizodów, w których ja i moja córka wyliczamy słowa zaczynające się na «h», np. heaven (niebo), hell (piekło), happiness (szczęście), holocaust, Hitchcock, home movie (domowe kino). Chodziło to, żeby nauczyć moją córkę, że świata nie da się uporząd­kować według zasad alfabetycznych, choćby dlatego właśnie, że tak wiele sprzecznych pojęć zostało zawłaszczonych przez jedną literę «h».

 

Dzięki tej historii bardzo polubiłem autora "Kontraktu rysownika" czy " Brzucha architekta". Szczególnie za empatię i bezinteresowność. Jego nazwisko zaczyna się na "G", czyli w bezpiecznym miejscu w dzienniku szkolnym i innych rejestrach.

 


* "Dziennik Patagoński", autor: Rajmund Kalicki, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2007

 

 

Zodiak, Ziemiańska, Bachus w Warszawie.Cafe Tortoni,Gran Rex,La Fregata w Buenos Aires. Te miejsca łączy postać Witolda Gombrowicza, który lubił kawiarniane życie,rozmowy i otoczenie wielbicieli jego osoby i twórczości. Autor "Ferdydurke" był uroczym kompanem,miał duże poczucie humoru. Jeśli się tylko nadarzyła okazja do dobrego żartu, nie oszczędzał nawet przyjaciół.
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Blogi
Szablony
Tagi