Magazyn o komunikacji i mediach, utrzymany w tonie twórczego bałaganu, choć nie bez tęsknoty za porządkiem.
Kategorie: Wszystkie | Cytaty 40-50 | Historie do wzięcia | Komunikacja
RSS
poniedziałek, 12 grudnia 2011

 

Stała 20 centymetrów ode mnie. W autobusie. Czułem zapach jej perfum, słyszałem podniesiony głos. Była podekscytowana:

- Wiesz jest super impreza na Sylwka!. Bezowa!

- ???????? ( tego nie słyszałem )

- Jak to bezowa? No wiesz bez: papierosów, alkoholu, no i wegetariańska!

-?????????( tego nie słyszałem )

- Bez alkoholu. Ale jest też wartość dodana : bez par, każdy z każdym!

- ???????? ( tego nie słyszałem)

- No bez par , możesz być sam, a potem ze mną

-????????? ( tego nie słyszałem)

- Bez wódki ani rusz? Nawet ze mną?

- ????????? ( tego nie słyszałem)

- To to cześć! Zadzwonię do Kuby. On się dobrze bawi nawet po soku z mango!

No i wysiadła. Ja też. Kupiłem sok z mango i pobiegłem do domu. Siła komunikacji!

Lubię czytać książki, które już znam. Prawie jak inżynier Mamoń, ten od piosenek z "Rejsu". Z mojej ćwierćtonowej biblioteki wpadły mi ostatnio w ręce wspomnienia Zygmunta Jabłońskiego o Jego pracy w Radiu Wolna Europa. Książka jest nieduża i zmieściła się w wypchanej po brzegi teczce, gdzie prym wiodły kanapki zrobione przez teściową. Wyciągnąłem ją w pociągu i … przeżyłem szok!


Zygmunt Jabłoński napisał  "Gabinet figur radiowych" na początku lat 80. Posumował w niej wiele lat współpracy z mediami, które mimo wielkiej niechęci ze strony ówczesnych władz polskich, były niezmiernie popularne w naszym kraju. Według badań Instytutu Gallupa - Głos Ameryki i Radio Wolna Europa docierały do 10 milionów Polaków. Wspomnienia pana Zygmunta nie mają w sobie tego, czego należałoby się spodziewać, czyli zbyt wielu akcentów martyrologicznych. Poznajemy ludzi z krwi i kości. Walczą z komunizmem, ale mają też swoje słabości, przez co są autentyczni i wiarygodni.  Jak na razie przeczytałem połowę i wrzucam najbardziej smakowite kawałki.

Żeby to  Państwo mogli zobaczyć !

Kolegą Jabłońskiego w RWE był Wojciech Trojanowski - lekkoatleta i jeden z najwybitniejszych, polskich sprawozdawców sportowych.   Przed II wojną światową należał do grono najbardziej znanych dziennikarzy, prowadził relacje radiowe z Igrzysk Olimpijskich. Po wojnie nie wrócił do Polski, związał się Radiem Wolna Europa. Trojanowski jest uważany za autora zdania, które weszło do historii mediów.  Na zawodach lekkoatletycznych wypowiedział do mikrofonu : 


Według Jabłońskiego, potem słowa te były wielokrotnie przekręcane, między innymi na: Szkoda, że Państwo tego nie widzą. Oryginalny cytat świadczy o wielkim poczuciu estetyki  oraz umiłowaniu przez sprawozdawcę, nie tylko sportu, ale i kobiecego ciała (poczytajcie jednak o Stanisławie Walasiewicz, okaże się, że jest to sprawa nieco złożona).

Trojanowski był celebrytą. W jednym z ostatnich, przedwojennych filmów - "Sportowiec mimo woli" , gdzie popis gry aktorskie zaprezentował  Adolf Dymsza, wcielił się w rolę sprawozdawcy z meczu hokeja na lodzie.

Nixon szuka  Coloseum 

Zygmunt Jabłoński pisał, że Trojanowski  blagował bez zmrużenia oka, ale że robił to z wrodzonym mu wdziękiem, dlatego nikt mu tego nie brał za złe. Powiedział kiedyś:

Wyobraźcie sobie, siedzę w Rzymie na Hiszpańskich Schodach, odpoczywam po obfitym obiedzie (zjadł zapewne bułkę z masłem), a tu widzę, jak prezydent Nixon z małżonką rozgląda się bezradnie dookoła. Spostrzegłszy mnie podszedł i spytał:


Historię tę opowiadał Trojanowski w różnych wersjach, ale puenta była zawsze ta sama.

 Podwójny doktor, filatelista - milioner 

Zygmunt Jabłoński, tak przynajmniej wynika z lektury jego wspomnień, był bystrym obserwatorem i dobrym słuchaczem. Pewnie dlatego w jego książce jest także wiele innych, smacznych historii i dykteryjek. Oto pierwsza z nich: 

Mieszkałem kiedyś w domu, gdzie moim sąsiadem był jakiś Niemiec, posiadający dwa tytuły doktorskie. Na tabliczce przy dzwonku wejściowym widniało: Dr, Dr Otto Schmalz, dzwonić dwa razy.

Druga opowieść dotyczy jednego z woźnych w RWE:

Tę zaszczytną funkcję pełniły 4 osoby.  Najmłodszy z nich rozbrajająco niemądry i seplenił, miły w obejściu, przeto lubiany przez wszystkich. Rano mówił każdemu: — Zyce panu redaktorowi psyjemnego uzędowania. Brzdąkał na fortepianie i tworzył przez wiele lat mazurka, który łudząco przypominał nasz hymn narodowy. Z wykałaczek do czyszczenia fajki robił miniaturowe zwierzątka i ofiarowywał je wszystkim naszym paniom. Poza tym zbierał znaczki pocztowe.

Jabłoński tak pisze o zwierzeniach woźnego :

Cy pan wie, ze jestem milionerem?

Zauważywszy, że podniosłem brwi, wyjaśnił:

Oblicyłem, prosę pana. Ponad milion marek.

Jak pan to obliczył?

Na to Miruś (bo tak pieszczotliwie go nazywano) odpowiedział :

No to proste, prosę pana. Dodałem wsystkie.

Upłynęło nieco czasu zanim zrozumiałem, że Miruś zsumował nominalne ceny wydrukowane na znaczkach.

Jestem pod wrażeniem książki Zygmunta Jabłońskiego. Pewnie będę wracał do tego autora, także w "Historiach do wzięcia".


 


Książkę Zygmunta Jabłońskiego wydała oficyna Pogląd z Berlina w 1985 roku. Redaktorem był Edward Klimczak, a opracowaniem graficznym zajął się  Jacek Klonowski.

środa, 07 grudnia 2011

Brad Pitt  mówił niedawno mądre rzeczy o dojrzewaniu. Teraz kolejny celebryta - Antonio Banderas twierdzi, że nie odda się w ręce chirurga plastycznego. Taką rolę zresztą zagrał w najnowszym filmie Pedro Almodóvara " Skóra, w której żyję". Aktor deklaruje:

Nie pójdę pod nóż. Inni mogą sobie robić co chcą, ale ja zaczynam lubić swoje siwe włosy i zmarszczki. Są nowe i interesujące. Akceptuję siebie i fakt, że się starzeję. Mam worki pod oczami i już wielokrotnie słyszałem, że powinienem coś z nimi zrobić, ale ja się tym nie przejmuję.

 

Brad dojrzewa, Antonio dojrzał. Może przyjedzie czas na rekruterów...

wtorek, 29 listopada 2011

Jakiś czas temu, na jednej z grup znanego portalu społecznościowego, spotkałem się z ciekawym i pouczającym wątkiem na temat zegarków i ... wizerunku.  Autorka wpisu miała na imię  Vanessa*.

Tytuł wpisu :

Czy ta replika jest dobra?

Chodzi o to czy jak mąż będzie ją nosił to czy będzie widać, że to replika. Ja nie mówię o dokładnym oglądaniu i zdejmowaniu. Można zaoszczędzić kupę $$$. 

Do wpisu dołączone było wideo prezentujące "replikę" zegarka jednej z najbardziej znamienitych firm szwajcarskich, wraz z adresem internetowym sklepu.  Jako pierwszy odezwał się stały  bywalec tej grupy, który zaczął tłumaczyć, że prezentowany na wideo produkt nie jest repliką,  tylko podróbką. Bo replika to zegarek odtworzony po latach przez producenta oryginału. Zazwyczaj robi się je z okazji przeróżnych jubileuszy, w limitowanej  liczbie egzemplarzy. Poza tym  mąż bohaterki, nosząc podróby, zbłaźni się.

Venessa napisała:

Skoro nikt nie zauważy to nie będzie się błaźnił.

Kolejny uczestnik uznał, że nie założyłbym na rękę czegoś, co udaje oryginał. 

Venessa odpowiedziała:

No ale właśnie pytam czy zauważy czy nie!

Wymianę zdań zakończył przytomny gość, który napisał, że dyskusja jest prowadzona z fakem - nędznym prowokatorem, ukrywającym się pod fałszywym profilem.

Vanessa ripostowała:

Proszę mnie nie wyzywać!

Po czym usunęła konto.

Zapewne w całej zabawie, tak naprawdę, chodziło o promocję strony internetowej, która sprzedaje podróbki  światowej klasy zegarków.

Nie są one zresztą tanie. Kosztują od 200 do nawet 800 dolarów. Pomimo to, znajdują nabywców,  bo za oryginał trzeba zapłacić 10, 100, a nawet  1000 razy więcej. Z daleka, a nieraz i  bliska taką podróbę mogą rozpoznać  jedynie specjaliści.

Pozostaje zatem pytanie o to czy trener biznesu, dziennikarz , menedżer albo  polityk kupujący i noszący „replikę”  jest wiarygodny?

Poza tym, w przedziale od 200 do 800 dolarów można kupić porządne zegarki wyprodukowane w Szwajcarii, Niemczech lub Japonii. Zawsze to oryginał, także w sferze świadomości .


* Imię zmienione

czwartek, 24 listopada 2011

Brad Pitt, którego zapamiętałem z niewielkiej, jak na niego roli, w  filmie  Thelma i Louise, powiedział ostatnio kilka miłych i mądrych słów o dojrzałości:

- Magiczny próg pięćdziesięciu lat nie spędza mi sen z powiek.  Lubię się starzeć . Oznacza to coraz większą mądrość, a ja za nic w świecie nie zamieniłbym tej mądrości na ponowną młodość.-

Ja chyba też, chociaż rynek bywa odmiennego zdania.

 

 

poniedziałek, 14 listopada 2011

Pan Maksymilian miałby dziś grubo ponad 100 lat. Przez cały okres PRL przepracował na etacie pół roku. Cenił sobie wolność. Jak dziś - wielu moich znajomych, którzy uciekając z korporacji, szukają swojego miejsca na świecie. Może inspiracją dla nich stanie się tekst z 1989 roku. Napisałem go osiem miesięcy przed upadkiem cenzury w Polsce.

Maksymilian Rajpold, w 1946 roku kupił na Górniaku - łódzkim targowisku podwozie starego wozu cyrkowego. Przeciągnął je do odległego o 30 km Strykowa i zaczął obudowywać deskami, papą, blachami i przeróżnymi materiałami znalezionymi na złomowisku. Miał z tego powstać jego pierwszy, własny dom.

Kiedy podjeżdżam pod bramę jego posesji, siedzi na ławce, wygrzewając się na słońcu. Po chwili podrywa się, otwiera furtkę, zaprasza mnie do środka. Proponuje zwiedzenie strykowskiego pałacu. Opowiada przy tym o swym życiu z rutyną przewodnika od lat oprowadzającego wycieczki po tych samych miejscach. Dom, przez lata rozbudowywany, zatracił pierwotny wygląd, kiedy to przypominał wóz Drzymały. Dziś sprawia raczej wrażenie solidnej budowli. I chyba tak jest, skoro przetrwał ponad 40 lat. Jego wysokość sięga siedmiu metrów, długość 6, a szerokość ponad 4 metrów.

 

Trumna w salonie

Wchodzimy do wnętrza. Na parterze są  trzy pomieszczeniu. W przedsionku znajduje się wiele szafek, w których pan Maksymilian przetrzymuje swe skarby. Pokój środkowy, zwany salonem ma około 8 metrów kwadratowych powierzchni. Stoją w nim dwa fotele i stół. Na ścianach wisi zegar i kilka starych fotografii, jakiś obraz. Z jednego ze zdjęć patrzy na gości młody, elegancki mężczyzna, którego twarz okala wypielęgnowana, czarna bródka. To portret gospodarza sprzed kilkudziesięciu lat. Jeszcze niedawno honorowe miejsce w salonie, zajmowała... trumna.

Sam ją zrobiłem - mówi pan Maksymilian - Znalazłem na złomie taką fajną niebieską, plastikową masę. Dala się dobrze formować..Wyciąłem, więc z niej wszystko, co lubię : słońce, księżyc, kwiaty. Nakleiłem to na drewno. Zamontowałem też rączki, żeby żałobnicy nie dźwigali mnie na ramionach. Kilka lat temu kręcono film o mnie  i trumna powędrowała do komórki. To nawet dobrze, muszę ją jeszcze wykończyć.

Ostatnim pomieszczeniem jest sypialnia spełniająca także rolę kuchni. Obok łóżka  W centralnym miejscu stoi piecyk, taka zwykła koza. Z kuchni, po schodkach wchodzimy, na ciemny stryszek. Nie mamy latarki. Jak mówi gospodarz jest tam wiele wartościowych kryształów, waz, dzbanów, fotografii. Wszystko, co wynalazł przez wiele lat w przeróżnych miejscach. Te przedmioty odegrają jeszcze swoja rolę. Wewnątrz domu jest bardzo czysto, choć może to tylko pozory - panuje tu wieczny półmrok. A to za sprawą niskich pomieszczeń i niewielkich okien.

Początkowo - wspomina Maksymilian Rajpold - mieszkania były wysokie na dwa metry. Niestety srogie, zimy bardzo nam dały we znaki. Musiałem podwyższyć podłogi, obniżyć strop, aby umieścić tam izolację przed zimnem. Teraz jest niewiele ponad metr siedemdziesiąt wysokości. Dla mnie to wystarczy, mam 160 centymetrów wzrostu.

Wychodzimy na zewnątrz. Zwiedzamy plac przyległy do domu. I tu jest bardzo schludnie. Rabatki z kwiatami, rzeźbione ptaki siedzące na konarach drzew, kilka ozdobnych krzewów. Gospodarstwa pilnuje srebrny, gipsowy pies, mający nawet własną, zamykaną na kłódkę budę. Pan Maksymilian miał kiedyś prawdziwego psa, który zginął pod kołami samochodu. Od tej pory woli zwierzaki zastygłe w bezruchu. Tym się nic nie przydarzy. Co najwyżej po kilku latach wyblaknie farba.

 

Zwykłe życie ?

Opowiada o sobie niechętnie:

Ot, takie zwykle życie- mówi.- Mam 84 lata. Jeszcze przed 1914 rokiem straciłem rodziców, zostałem sam jak palec. Nie bardzo wiedziałem, co z sobą począć. Zawsze pociągały mnie odpusty, jarmarki. Wędrowałem, więc po Polsce. Nauczyłem się lutować garnki, kręcić z drutu pułapki na myszy. Nie chodziłem do szkoły. Ludzie mi mówili, że mam zatruty organizm i ciężko mi przychodzi nauka. Podobno jak byłem mały to strasznie w nocy płakałem. A moi rodzice mieli warsztat włókienniczy. Dostawali od fabrykanta nici i robili z tego przeróżne pończochy. Mój plącz im przeszkadzał w pracy. No i mleczarka poradziła matce, żeby gotowała mak i dawała do ssania, będę wtedy grzecznie spal. A mak to narkotyk. Może i dlatego nie umiem czytać i pisać. Ale i tak zawsze byłem ciekaw życia.

Marzył też o własnym domu:

 - Udało mi się zbudować go dopiero po wojnie. Miałem już żoną i nie, chcieliśmy mieszkać nadal na komornym. Miasto dało mi plac. Brakowało mi jednak pieniędzy, kupiłem, więc to stare podwozie, obudowałem. Miało być na kilka lat, przetrwało prawie pól mojego życia. Po wojnie prowadziłem z żoną jakiś czas małą kawiarnię, potem sprzedawaliśmy lody, cukierki, owoce. Sam nawet zrobiłem maszynkę do kręcenia lodów ze starego miedzianego syfonu, l jakoś żyliśmy. Ja zawsze kochałem wolność. Wolałem żyć biednie, ale na swoim. Być własnym panem. Tylko raz pracowałem na państwowym ,  byłem dozorcą przy budowie mostu. Wytrzymałem pół roku i rzuciłem tę robotę. Wolę wózek i jazdy na złomowisko. Moja żona umarła osiem lat temu. Mieszkała tu ze mną ponad 30 lat. Przez jakiś czas była też córka z mężem, w tym domu urodziła się nasza wnuczka. Córka to nawet chciała mnie zabrać do siebie. Nie zgodziłem się. Panie! Ona ma mniejsze ode mnie mieszkanko w bloku. Tu mi jest dobrze, ciepło. Miałem nawet podłączoną elektryczność, ale w czasie burzy coś iskrzyło. Kazałem odłączyć kable, nie chciałem się spalić. Nie narzekam, choć teraz jest trochę gorzej z jedzeniem. A ja. Zawsze lubiłem dobrze zjeść. W ogóle byłem w życiu hardy. Ubierałem się elegancko, do kościoła zawsze chodziłem pod krawatem. Mam dobrą opinię, lubię czystość. Nie wadzę nikomu. A i ludzie, są dla mnie dobrzy, władza się mną opiekuje, dają zapomogi. Córka zawsze przyniesie coś do jedzenia. Przyjeżdżają tu do mnie z Całej Polski. Mam nawet księgę pamiątkową

Znaczki dla państwa, indyk dla reklamy

Księgę prowadzi od 1983 roku. Są w niej wpisy z całego świata. Ktoś podpisał się „Yellow boy from China". Księga jest oblepiona znaczkami skarbowymi.
- Ludzie gadali - twierdzi pan Rajpold - że wyciągam od wycieczek pieniądze. A to nieprawda, ja nie proszę o żadne datki. Ale gdy już ktoś wciśnie jakiś grosik, to przecież nie odmówię. I dlatego powlepiałem te znaczki, żeby i państwo miało coś z moich dochodów.  Pan Maksymilian chce stworzyć ze swego domu muzeum, ale musi jeszcze troszkę popracować nad jego wyglądem. Zdecydował, że cały budynek pomaluje na niebiesko. Zauważył, że muchy uciekają od tego koloru. Nie będą dokuczać zwiedzającym. W domu wystawi wszystkie swoje skarby ze stryszka, szuflad, skrzyń. Kupi też niedługo indyka. Postawi go przy i bramie, naprzeciw lustra. Kiedy ten zobaczy swe odbicie, będzie głośno gulgotał. A taki hałas to przecież reklama. Przyciąga widzów. Kiedy już wszystko będzie dopięte — pan Maksymilian ogłosi to, jak sam mówi, na dobre w gazecie. Niech ludziska przyjeżdżają i patrzą.

sobota, 12 listopada 2011

Warto było czekać ! Wena powróciła. Są nowe limeryki Renaty.

 

piątek, 11 listopada 2011

Podstawowym pożywieniem mediów, od wielu już lat, stało się śniadanie. Poranne rozmowy, komentarze w radiu i telewizji są cytowane , szczególnie kiedy nic się nie dzieje, przez cały dzień. Redaktorzy, a także ich odbiorcy zamiast tradycyjnych dań śniadaniowych: fasolki w sosie pomidorowym, kiełbasek wieprzowych, śledzi i owoców morza, zupy z tofu, smażonego makaronu z cebulką, słodkiej bułka z kwaśnym mlekiem czy jajecznicy z ziemniakami, zadowalają się kawą. Bywa ona jedynym napojem i namiastką posiłku aż do kolacji.

Tymczasem, w   języku polskim słowo śniadanie istnieje już od 700 lat. W literaturze znajdziemy wiele przykładów na to jak jadali nasi przodkowie. Zazwyczaj były to obfite posiłki, spożywane w zacnym towarzystwie. Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" opisywał to tak:   

Panie starsze już wcześniej wstawszy piły kawę,  

Teraz drugą dla siebie zrobiły potrawę 

Z gorącego, śmietaną bielonego piwa,  

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.

Zaś dla mężczyzn więdliny leżą do wyboru: 

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru, 

Wszystkie wyborne, wszystkie sposobem domowym 

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;  

W końcu, wniesiono zrazy na ostatnie danie:  

Takie bywało w domu Sędziego śniadanie. 

Dziś rzadko jada się tak obfite poranne posiłki. Zaś poezja śniadaniowa,  spod strzech trafiła do telefonów komórkowych . SMS-owy wierszyk dla  zakochanych, który znalazłem na stronie na-dobranoc.gsm.pl ujmuje to tak: 

Najlepsze na świecie śniadanie?

Ciebie z rana całowanie

Choć jesteś teraz daleko,

Wysyłam w tym smsie

Całusów kilkadziesiąt deko

Same całusy  to za mało. Śniadanie powinno dostarczać około 30 procent energii niezbędnej organizmowi do funkcjonowania. W nocy organizm odpoczywa, rano trzeba go pobudzić do życia. Najnowsze  wyniki badań naukowców z  Cambridge University Hospitals   dowodzą, że jedzenie obfitych, ale zrównoważonych energetycznie śniadań  pozwala utrzymać wagę. Pomijanie śniadania pozbawia bowiem  organizm składników odżywczych i skłania go do robienia zapasów. Dlatego większa część obiadu i kolacji zostaje przetwarzana na tłuszcz.  Z kolei eksperyment przeprowadzony w Virginia Commonwealth University  pokazał, że śniadania mogą doprowadzić do schudnięcia. Kobiety biorące udział w tym doświadczeniu podzielono na dwie grupy. Dla pierwszej z nich serwowano śniadania liczące 300 kalorii ( 30 %  całodziennej diety) , dla drugiej ponad 600 ( 50 % całodziennej diety ). Okazało się, że kobiety jedzące obfitszy posiłek chudły zaś te, które ograniczały dietę śniadaniową - tyły.

A więc konsumujmy śniadania, nie tylko medialne.

poniedziałek, 07 listopada 2011

Placki ziemniaczane z łososiem,gravlax i smørrebrød to pierwsza trójka w moim osobistym rankingu przystawek z portów, które odwiedziliśmy podczas rejsów "Darem Młodzieży".

PLACKI ZIEMNIACZANE Z ŁOSOSIEM

Można je zjeść we wszystkich krajach położonych nad Bałtykiem. Jednak wcześniej nie miałem okazji smakować ich z dodatkami, które sprawiają, że z zupełnie banalnego dania robi się coś, co na długo zostaje w pamięci. Zanim zaczęliśmy je przygotowywać w domu zapoznaliśmy się rynkiem ziemniaków w Polsce. Okazało się, że jest ogromny i nieznany. Przeciętny Polak zjada ponad 100 kilogramów ziemniaków rocznie, ale zapytany o ulubioną ich odmianę, raczej nie udzieli odpowiedzi.

Lord, Klasa,Tajfun, Syrena, Gracja, Mors,Irena, Lotos, Ruta, Malwa, Kolia, Sokół czy Bard – to tylko kilka odmian ziemniaków, spośród ponad 100 oficjalnie zarejestrowanych w Polsce. W  sklepach i na targach tego nie widać. Są po prostu, w zależności od regionu:  kartofle, pyry, grule lub bulwy.  W sklepie, na targu, gdzie kupujemy ziemniaki,  sami sprzedawcy wyróżniają dwie, góra trzy odmiany: Irga, Irys, Aster. Tymczasem dostępne na rynku ziemniaki dzielą się na wiele kategorii i typów. Podstawowe to:

A.Sałatkowe -  o dużej wilgotności i małej zawartości skrobi. odmiany: Accent, Albina, Cykada, Frezja, Vineta 

B.Uniwersalne - dobre do gotowania i duszenia, o miąższu średnio zwięzłym i  nierozsypującym się. Odmiany: Irys, Jagna, Jagoda, Jaśmin, Kolia, Latona 

C.Mączyste - zawierające dużo skrobi, o jasnym i sypkim miąższu (na farsz, kluski, pyzy). Odmiany: Anielka, Arkadia, Aster, Barycz, Bryza czy Ibis.

 Do placków potrzebne są ziemniaki typu B lub C. Ja wybieram te o mączystym miąższu ( spróbujcie to wymówić ).

Po osuszeniu z tłuszczu, na papierowym ręczniku wyłóż placki na talerze i dodaj :

  • Kwaśną śmietanę
  • Cebulę
  • Wędzonego łososia
  • Szczypiorek

Na wierzch, w zależności od upodobań możesz także położyć kapary, a całość posypać startą skórką z cytryny lub limonki. Pożądanym dodatkiem do tego dania jest kieliszek dobrze zmrożonej wódki.Podobna kombinacje smaków pasuje do blinów lub rosti - dania z kraju, który nie ma dostępu do morza, czyli Szwajcarii. To placek robiony z gotowanych ziemniaków. Wędzonego łososia, we wszystkich rodzajach placków, można zastąpić marynowanym -  potrawie zajmującej kolejną pozycję w moim rankingu.

MARYNOWANY ŁOSOŚ - GRAVLAX

Jurek mieszka w Sztokholmie od 30 lat. Jest ojcem naszej przyjaciółki. Podczas jednego ze spotkań zaraził nas marynowanym łososiem. W trakcie tej opowieści  ciekła nam ślinka. Na szczęścia niedługo potem Dar Młodzieży zawiózł na do Szwecji i spróbowaliśmy gravlax, zwanego tam pogrzebanym łososiem. Smakował tak, jak opowiadał Jurek.

 

Przez otwór w folii będzie wyciekała woda. Dlatego warto pod marynującym się łososiem, na niższej półce w lodówce postawić miseczkę. Czas marynowania można przedłużyć nawet do 4 dni. Łosoś ujawni nowe smaki, o ile starczy Wam cierpliwości na czekanie. W różnych przepisach, wśród składników marynaty pojawia się także chrzan oraz skórka z cytryny lub limonki, które mogą się stać inspirującym dodatkiem i wzbogacić smak. Gravlax ujawnia jego pełnię w połączeniu z sosem musztardowym.

Cieniutko pocięty łosoś marynowany może być także jednym ze składnikiem słynnych duńskich kanapek. Od  ponad 100 lat są one wizytówką kuchni w Danii. Mieszkańcy tego kraju, jak mało kto potrafią wypromować swoje produkty i marki.

Smørrebrød - CHLEB POSMAROWANY

Ida Davidsen prowadzi w Kopenhadze jedną z najsłynniejszych restauracji kanapkowych w Danii, która istnieje od 1888 roku (wtedy też urodził się mój dziadek Bronisław). Dziś w menu restauracji Davidsenów znajdziecie prawie 200 rodzajów kanapek. Niektóre z nich zostały ochrzczone nazwiskami wielkich duńskich osobistości. Są wśród nich  Hans Christian Andersen i kiedyś piłkarz, dziś trener -  Michael Laudrup. Ceny nie należą do wygórowanych, jak na rynek duński. Kanapka kosztuje, przeciętnie około 60 koron, czyli 35 złotych. Zatem, gdyby ktoś chciał poznać smak wszystkich kanapek - zapłaciłby ponad 6000 złotych. Jednak, nie wcześniej niż 20 listopada, bo restauracja Davidsenów jest obecnie w remoncie. Można w tym czasie odwiedzić niewiele tańszy lokal należący do konkurencji, czyli Slotskelderen hos Gitte Kik, istniejący od 1797 roku. Rodzina KIK przejęła restaurację w 1910 roku i wprowadziła zwyczaj jedzenie kanapek do alkoholu, bo wcześniej podawano tam jedynie lokalne trunki, bez zakąski. Smørrebrød wygląda jak sałatka. Chleb jest jednym ze składników i nie powinien dominować tego dania.

 

  SMACZNEGO/ Velbekomme!

 

 

poniedziałek, 31 października 2011
-Przywiozę łososia i coś, żeby popływał- mówił z radością w głosie Tata. Ten komunikat w słuchawce był dla nas sygnałem do przygotowania ulubionej potrawy w ostatnich latach Jego życia. Pamiątki rejsowej. Prostego placka ziemniaczanego, który po dodaniu paru składników staje się obiektem zupełnie nowych doznań kulinarnych i komunikacyjnych. Placek zwyciężył w moim prywatnym rankingu dań smakowanych podczas rejsów po Bałtyku. Odwiedziliśmy niemal wszystkie duże porty, które były w stanie przyjąć Dar Młodzieży.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
O autorze
Zakładki:
Blogi
Szablony
Tagi