Magazyn o komunikacji i mediach, utrzymany w tonie twórczego bałaganu, choć nie bez tęsknoty za porządkiem.
Blog > Komentarze do wpisu

Sandałnerzy

Kiedy zbliża się zachód słońca ludzie wylegąją nad  morze. Są na klifie, schodach prowadzących na plażę i nad samą wodą, chodząc po coraz zimniejszym piasku. W powietrzu unosi się zapach  jodu  i co chwilę błyskają flesze aparatów. Ludzie są mili. Prawią sobie komplementy, uśmiechąjąc się do siebie nawzajem i całując. Tak zapamiętałem zachody słońca w Chłapowie.

Może kiedyś tam powrócimy. Na razie uciekamy do cieplejszego klimatu.  Mirosław Żuławski w „Ucieczce do Afryki”, książce, której jestem wierny od lat, tak opisuje swoje zachody słońca w Gambii. To dawna kolonia brytyjska w zachodniej Afryce. W jej stolicy Banjul ( wcześniej Bathurst) : 

Ciągną się wzdłuż wysokiego brzegu otwartego oceanu z angielska milutkie domki pośród drzew – to dawna dzielnica Białych, a obecnie bardzo przyzwoitych hoteli dla skandynawskich turystów, których Gambia przyciąga więcej niż jakikolwiek inny kraj Zachodniego Wybrzeża, bo ceny są niższe, obsługa po brytyjsku dyskretna, cisza na korytarzach, tea-time punktualnie o piątej, early morning tea podają do łóżka o szóstej rano, a o siódmej wieczorem na tarasach zwróconych na zachód, ku morzu, zasiadają sandałnerzy (sundowners — ci, co pomagają słońcu zajść w oceanie, siedząc na werandzie, patrząc na zachód i popijając double-scotcha). Od nich to przejąłem instytucję i obyczaj sandałnerstwa i jeśli tylko mogłem, nigdy mu nie uchybiłem. Mogę zaręczyć, że słońcu naprawdę bardzo to pomaga w zniżaniu się i zapadaniu w ocean, co na pewno nie jest sprawą taką łatwą, jakby się zdawało.

Jest to dobry angielski zwyczaj i skuteczny środek przeciwko ponuractwu. Człowiek z natury czuje się nieswojo, kiedy dzień się kończy, a zaczyna noc, zwłaszcza w tropikach, gdzie następuje to brutalnie, bez żadnego zmierzchu. Przez te setki i setki wieczorów, jakie przeżyłem w Afryce czy Azji, nie spotkałem i nie znalazłem niczego lepszego jak spokojne, niespieszne, konsekwentne sandałnerstwo. Na niebie dzieją się wtedy przeważnie bardzo dziwne rzeczy, ale niepokój tropikalnej nocy jest tuż-tuż, wypełza z każdego cienia, nadlatuje od tyłu, z pociemniałego horyzontu, jak te wielkie nietoperze, które zrazu brałem za sowy. Mój przyjaciel Erik, Duńczyk w służbie szwedzkiej, czterdzieści lat w Zachodniej Afryce, zdrowie jak dzwon, podnosi ostrzegawczo palec i powiada, wskazując na szklankę:

—  Ale zawsze tylko jedną!

Opuszcza palec, po czym unosi dwa: —  Albo dwie!

Kiwa z przekonaniem głową i znów podnosi rękę: —  Albo trzy! 

Polscy sandałnerzy, zakładają polary i popijając herbatę z termosu, wino lub wódkę wreszcie zaczynają się zauważać. Rozmawiają o życiu, snują plany na przyszłość, przytulają się do siebie, pozostając jeszcze na długo w magicznym bezczasie.

piątek, 28 października 2011, zamiastki

Polecane wpisy